Bułgaria – Pomorie. Muzeum soli i obserwatorium ptaków

    Nasze tegoroczne wakacje minęły niczym błyskawica. Niestety tak szybko, że już zapomnieliśmy o wspaniałym czasie beztroski, spania do południa i korzystaniu ze wspaniałego słońca. Ale jak mówi stare porzekadło ” wszystko co dobre kiedyś się kończy”.
  Tym razem wybraliśmy się na południowy wschód Europy, ponieważ to jedno z ostatnich miejsc, których nie mieliśmy okazji zwiedzić w Europie. Wybór padł na Bułgarię, bo ciepło, nie tak daleko i tanio ( w porównaniu do zeszłorocznego odpoczynku).Po drodze przy okazji zwiedzimy Rumunię i Serbię – taka egzotyka:-). Jak później się okazało decyzja była bardzo słuszna. Nasza trasa wyglądała tak jak na zdjęciu.

Wyruszyliśmy 6 lipca a 11 zameldowaliśmy się w Vineyards Resort w Kableshkovie w Bułgarii. Jazda – średnio po 350 km dziennie nie była dość uciążliwa (kto ma dzieci wie o czym mówię ), dało się przeżyć bez wariacji. Zahaczyliśmy o Słowację (tym razie wersja bezwypadkowa), Węgry i Rumunia. Muszę szczerze przyznać, że Bułgaria sama w sobie mnie nie zachwyciła. Po drodze mijaliśmy bezkresne pola, zboża i znowu pola tym razem ze słonecznikami. Przynajmniej nasze oczy odpoczęły.

A tak serio – moim zdaniem Bułgaria to taka etno- wioska, gdzie poza Sofią, Warną i kurortami nadmorskimi w zasadzie nic nie ma. Zjechaliśmy ją ze wschodu na zachód i z północy na południe i wszędzie widzieliśmy te same kilometry bezkresnych pól. Ale po dotarciu na miejsce okazało się, że istnieje raj   i znaleźliśmy go właśnie na jednej z bułgarskich wiosek, w miejscowości, której nazwa kojarzy mi się z kiełbaskami. Od razu minęło nam znużenie, a jego miejsce zastąpiło podniecenie (nie, nie takie o jakim myślicie :-).Mamy swoją własną willę z prywatnym basenem.Kto z Was nie chciał przez chwilę poczuć się jak milioner leżąc na leżaku z drinkiem w ręku wpatrując się w błękit wody w basenie? Ja tam chciałam zawsze i w tej właśnie etno – wiosce spełniło się moje marzenie. Niezbadane są wyroki boskie :-).

 

 

 

  Po 2-dniowym wypoczynku stwierdziliśmy, że czas już się ruszyć i obejrzeć okolicę. Muszę się Wam  przyznać, że cierpimy z moim mężem na dziwną przypadłość – nie potrafimy za długo usiedzieć w jednym miejscu. Potocznie jak to się mówi ” swędzą nas tyłki”. Więc wskakujemy w samochód i wio. Okazało się, że niedaleko, bo ok.12 km od nas jest miejscowość Pomorie, w której znajduje się muzeum soli, obserwatorium ptaków oraz lecznicze błota. Czemu nie?. Jedziemy i zaczyna się.

 

Karol – lat 11 –  marudzi, że woli w pokoju zostać, że gorąco, że po co to g…..oglądać itd.. Niestety, nie podziela on naszej bezgranicznej pasji do podróżowania. Teraz jest na etapie piłki nożnej i w przyszłości będzie drugim Lewandowskim. Ma taką nadzieję. My mamy mniejszą. Ale co zrobić. Zaciskamy zęby i jedziemy. Próbujemy olewać jego uwagi i komentarze odnośnie otaczającego go świata. Że go zmuszamy, nie ma wakacji, bo musiał wstać wcześnie   ( koło 10), że lepiej siedzieć w domu. Ale uff,dojechaliśmy. Wysiadamy i znowu od początku.  Gorąco, śmierdzi ( rzeczywiście lecznicze błota może  i leczą, ale przy 35 st. upale ich zapach  pozostawia wiele do życzenia), on nie idzie, będzie czekał na nas. Ale dał się przekonać i dotarliśmy do muzeum soli. Bardziej nawet do muzeumka, muzeuczka ( nie wiem jaka jest zdrobniała forma tego słowa, ale pewnie muzeum ma brzmieć poważnie i dostojnie, bo mówi nam o przeszłych, zamierzchłych czasach i ma być wzniośle). Miejsce to okazało się niewielką salą gdzie jest pokazana historia i metoda wydobywania soli z Morza Czarnego. Samo w sobie ciekawe. Eksponatów było nie za dużo , głównie stare, czarno-białe fotografie przedstawiające robotników z łopatami ustawionych na tle piramid z soli. Przypomniało mi trochę czasy PRL i te zdjęcia, na których zadowolony lud robotniczy pokazuje jak wspaniale mu się pracuje   ( taka a`la cenzura).

Była też drewniana konstrukcja  ( szczerze to nie wiem czego, bo nigdzie nie widziałam opisu), ale podejrzewam, że to dawna machina wydobywcza :-), oryginalne taczki, grabie jakimi się pracowało. Pokrótce historię wydobywania soli streściła nam pani „przewodnik” tego muzeum, niestety po rosyjsku. A, że ja do czynienia z rosyjskim miałam ostatnio 15 lat temu w ząb nic nie zrozumiałam. Poziom naszej wycieczki trzymał Pan mąż, który co piąte słowo wyłapywał. Interesującą rzeczą były soliska, które znajdują się tuż przy muzeum i po których można chodzić i z bliska zobaczyć sól, która bardzo przypomina zamarznięte kałuże. Bilet kosztował śmieszne pieniądze, bo około 3 zł, a do tego jak to w takich miejscach bywa można nabyć pamiątki, w tym przypadku – sól wydobywaną z Morza Czarnego. Oczywiście nabyłam zapobiegawczo 5 słoiczków, bo szybko tam nie wrócę 😛 

 

Następnie odwiedziliśmy obserwatorium ptaków, które znajduje się nad jeziorem Pomorie. Jest to strefa chroniona z tego względu, że można tu oglądać 200 gatunków ptaków występujących na terenie jeziora,    a tuż nad nim przebiega trasa migracyjna Via Pontica. W środku muzeum jest spora wystawa odnośnie ptaków występujących na obszarze jeziora, gatunków zagrożonych wyginięciem oraz co najciekawsze w cenie biletu jest przewodnik (mówi po angielsku), który opowiada nam o skrzydlatych przyjaciołach oraz mamy możliwość obserwowania ich przez specjalne lornetki. Nie lada gratka dla miłośników przyrody oraz fotografów.

 

 

 

PS. Jeśli ktoś byłby zainteresowany szczegółami odnośnie lokalizacji i cen tego domu zapraszam do kontaktu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Related posts

Leave a Comment

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.